Zeznania chorążego Musia

 

 

 

Nie wiem, czy poniższy tekst zeznań zmarłego przedwczoraj Remigiusza Musia jest autentyczny. Podaje go prawicowy portal Rebelya.pl.

 

W każdym razie Antoni Macierewicz może zacierać ręce, będzie miał temat do tokowania w mediach. Oto wyciąg z dwóch zeznań chorążego Musia:

Co technik z samolotu JAK-40 zeznał dwukrotnie w prokuraturze? Pierwszy raz był przesłuchiwany 10 kwietnia 2010 r. od 20. do 21.

„Zeznaję, że jestem żołnierzem zawodowym, od 1996 r. pełnię służbę w JW 2139 na stanowisku  starszego technika pokładowego. W dniu dzisiejszym, tj. 10.04.2010 o godz. 5.25 wylecieliśmy samolotem JAK 40 nr 044 do Smoleńska. Na pokładzie, oprócz załogi przewoziliśmy 14 dziennikarzy, którzy udawali się na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej do Katynia. W czasie lotu od startu do lądowania, nie mieliśmy żadnych problemów technicznych. Lot przebiegał planowo. Przy podchodzeniu do lądowania warunki atmosferyczne były dość trudne, aczkolwiek zgodne z poziomem naszego wyszkolenia. Trudność lądowania polegała na tym, że panująca na lotnisku docelowym mgła ograniczała widoczność w przód do 1500 metrów oraz widoczność w dół do 100 metrów. Podchodząc do lądowania światła sygnalizujące początki pasa startowego, ich nazwa skrótowa APM widzieliśmy dużo wcześniej niż wyżej wskazane wartości. Światła te pomogły więc ukierunkować samolot w osi pasa startowego na odpowiedniej wysokości i odległości. Na wymienionych wyżej wartościach pas startowy widzieliśmy doskonale. Lądowanie odbyło się bez następstw. Po skołowaniu z pasa startowego zakołowaliśmy na miejsce postoju, wysadziliśmy pasażerów, odprawiliśmy się u służb granicznych i celnych i przystąpiliśmy do przygotowania samolotu do postoju. Nie mogliśmy dokończyć czynności z powodu tego, że władze lotniska zadecydowały o tym, że zatankują samolot po wylądowaniu naszego tupolewa. W związku z tym czekaliśmy na przylot. Nasz lot trwał 1 g. 15 min. W międzyczasie pogoda zaczęła się pogarszać do warunków w których już byśmy nie wylądowali i z zaciekawieniem oglądaliśmy dwa nieudane lądowania samolotu Ił 76 Federacji Rosyjskiej. Wówczas widoczność wahała się w granicach 400-800 metrów. Widoczności pionowej z ziemi nie byliśmy w stanie określić. Próby lądowania tego Iła miały miejsce około po 15 i 30 minutach od naszego wylądowania. Próby lądowania Iła oglądaliśmy z płyty lotniska, nasz samolot stał na drodze kołowania, do osi pasa startowego w odległości ok 80 metrów. Widziałem tego Iła, który po drugiej nieudanej próbie lądowania odleciał. Po kolejnych około 20 minutach z głośników naszej radiostacji usłyszeliśmy załogę naszego tupolewa zbliżającego się do rejonu lotniska. Pamiętam, że załoga prowadziła korespondencję z wieżą kontrolną, która kierowała ich aby znaleźli się na kursie odwrotnym do lądowania w celu wykonania zejścia do lądowania. Kontroler kazał zniżyć się im do wysokości 500 metrów i podał warunki pogodowe, z tego co pamiętam było to 4000 metrów na 400 metrów, kilkukrotnie dopytywał się czy zajęli wysokość 500 metrów.  W końcu kpt. Protasiuk prostują, załoga odpowiedziała twierdząco. W momencie, kiedy załoga powinna wykonać zejście do lądowania, kontroler przekazał im informację o pogarszających się warunkach pogodowych 500 metrów na prawdopodobnie 80 metrów. Zapytał się ich czy na pewno chcą wykonać zejście do lądowania. Odpowiedzieli twierdząco, że wykonają warunkowo. Kontroler poinformował ich, aby byli przygotowani na odejście na drugi krąg z wysokości 50 metrów. W międzyczasie mój dowódca załogi przekazał dowódcy załogi tupolewa na tej samej częstotliwości, że naprawdę się pogarsza pogoda i raz widać na 300 a raz 500 metrów. Wyszliśmy z samolotu wypatrywać tupolewa. Pogoda, widoczność pogorszyła się ponownie. Wróciłem do samolotu i nadałem przez radiostację „Arek teraz widać już 200”, odpowiedział „Dzięki”. Wróciłem po tym przed samolot. Po kilku minutach usłyszeliśmy charakterystyczne gwiżdżące brzmienie silników tupolewa, typowe dla zmniejszanych obrotów przy zniżaniu. Nagle obroty wzrosły do maksymalnych, po dwóch sekundach uderzenie i trzy wybuchy i krótko trwający dźwięk zatrzymującego się jednego silnika a potem już cisza. Sytuacja nasza wyglądała tak, że nie wiedzieliśmy, czy możemy oddalać się od samolotu. Obserwowaliśmy tylko przejeżdżające obok nas pojazdy ratownicze. Po około 5 minutach nawiązałem łączność z wieżą zapytując „co z naszą tutką”, odpowiedział mi „żebym wysiadł z samolotu, bo oni stacjonują 50 metrów od samolotu którym przylecieliśmy.” Spotkaliśmy się z nim, drżący głosem odpowiedział nam, że tupolew spadł. Po około godzinie, kiedy nikt się nami nie interesował postanowiliśmy pójść na miejsce zdarzenia. Okazało się, że miejsce to nie jest oddalone 1500 metrów jak wcześniej nas informowano lecz 400-500 metrów od progu pasa i 50 metrów w lewo zgodnie z kierunkiem lądowania. Z samolotem TU 154 mieliśmy jedynie kontakt słuchowy, przez mgłę nie było go widać. Przed lądowaniem załoga tupolewa nie zgłaszała żadnych problemów technicznych. Nie mam pojęcia, nie wiem, jaka jest przyczyna tej katastrofy. To wszystko co mam do zeznania w tej sprawie.

Ponownie przesłuchany został 23 czerwca 2010 r. Podtrzymał swoje pierwsze zeznania. Mówił też, co załoga JAK-a zastała po przybyciu na miejsce katastrofy.

(….)

W końcowej fazie lotu kontroler zapytał się czy chcą lądować. Załoga odpowiedziała, że warunkowo podejdziemy. Kontroler wyraził zgodę na podejście. Ja nie słyszałem, aby kontroler zabronił im lądowania i odejście na zapasowe. Wydaje mi się, że kontroler powiedział TU-154M, że mają być gotowi do odejścia na drugi krąg z wysokości nie mniejszej niż 50 metrów. Po tym my wyszliśmy z JAK-a.

(…)

„Na miejsce katastrofy udaliśmy się po około 1 godzinie od jej zaistnienia. Kiedy przybyliśmy na miejsce, to pracowały już tam służby ratownicze. Ja widziałem dużo nagich ciał. Leżały one pomiędzy częściami samolotu. Jedno ciało ludzkie było całe. Pozostałe, to były części ludzkich ciał, ręce, nogi. Kiedy my tam byliśmy, to nikt się nimi nie interesował, tzn. nie przykrywał ich, nie zbierał. Byliśmy tam około 15 minut. W trakcie pobytu tam zauważyłem, że do poszczególnych stanowisk, utworzonych przez służby znoszono części samolotu. Tych stanowisk było tam już wtedy kilka. Stanowiska te wyglądały w ten sposób, ze był to stolik, na nim dokumentacja, laptop itp. Przy stanowiskach znajdowali się ludzie.”

Oprac. M.M

Oskarżony Rydzyk

 

Jakiś czas temu o. Rydzyk zaatakował Krzysztofa Lufta, członka KRRiT, że ma takiego zasłużonego ojca dla Kościoła, a jemu nie chce przyznać koncesji dla TV Trwam na cyfrowy multupleks. Oburzony Luft wypraszał sobie, aby mieszać jego rodzinę do spraw zawodowych i biznesowych. Rydzyk takimi rzeczami się nie zraża, walczy wszelkimi dostępnymi nieczystymi środkami. A pomówienie to najlżejszy z grzechów.

 

Zabrał głos w tej sprawie sędziwy ojciec Lufta, prof. Stanisław Luft. Wystosował list do abp. Józefa Michalika, w którym oskarża Kościół o brnięcie w ślepą uliczkę. Kościół sam sobie zakłada pętlę na szyję za pomocą takich ludzi, jak Rydzyk. Oto ten list:

Piszę do Księdza Arcybiskupa powodowany troską o Kościół Boży w Polsce, o jego integralność i oblicze. Jestem emerytowanym profesorem reumatologii, ale równolegle do pracy lekarza prowadziłem przez 55 lat wykłady z medycyny pastoralnej w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie, za co zostałem uhonorowany przez Ojca Świętego Jana Pawła II odznaczeniem „Pro Ecclesia et Pontifice”. Piszę te słowa jako list otwarty do Episkopatu, bo zostałem sprowokowany publiczną zaczepką pod moim adresem w Radiu Maryja i na łamach „Naszego Dziennika” ze strony ojca Tadeusza Rydzyka w związku z działalnością publiczną mojego syna. To nieszczęsne zdarzenie oceniam jako nieprzyzwoite, ale jest ono tylko drobnym epizodem, za to pretekstem do przywołania bardzo groźnych zjawisk w polskim Kościele, związanych m.in. z działalnością części mediów katolickich, którym ojciec Rydzyk patronuje.

Siedem lat po śmierci papieża Polaka, który przez trzy dziesięciolecia spajał polski Kościół, dziś jest on dramatycznie podzielony. Polscy katolicy są dzieleni na „prawdziwych” i tych, którzy na to określenie nie zasługują. Tak samo również dzieli się Polaków.

Siedem lat temu w ramach wielkich narodowych rekolekcji, jakimi stało się odchodzenie Jana Pawła II, miliony Polaków wychodziły na ulicę, aby poczuć jedność i wspólnotę. Dziś polscy katolicy wyprowadzani są na ulice, aby pod krzyżem i obrazem Matki Boskiej wznosić polityczne hasła pełne niechęci, a nawet nienawiści do inaczej myślących.

Równo pięćdziesiąt lat po rozpoczęciu Soboru Watykańskiego II Kościół polski stoi w obliczu poważnego kryzysu – grozi mu rozłam i masowe odchodzenie wiernych, obserwujemy zanikanie ducha soborowego. Zamiast „Kościoła Otwartego”, będącego soborową odpowiedzią na problemy współczesnego świata, dziś w Polsce proponuje się zamykanie Kościoła w „oblężonej twierdzy” niechętnej otaczającej go rzeczywistości. Zamiast Kościoła miłości i tolerancji proponuje się nam Kościół walki, a nawet wojny. Soborowa zasada rozdziału religii od polityki sięgająca zresztą wprost do źródła chrześcijaństwa, jakim było nauczanie Chrystusa, jest dziś w Polsce łamana bez najmniejszych skrupułów.

Media nazywające siebie „katolickim głosem w twoim domu” nie tylko angażują się we wspieranie konkretnych nurtów politycznych, ale wręcz organizują wspólnie z partiami akcje i demonstracje polityczne. Jest to niezgodne z nauczaniem Kościoła zawartym w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym (art. 76), a także z postanowieniami konkordatu. Podziały polityczne, naturalne w każdym demokratycznym społeczeństwie, a w Polsce wyjątkowo głębokie, są w tych mediach dodatkowo podsycane. Uruchamiane są złe emocje i wzbudzana nienawiść, którą od czasu do czasu ujawnia się publicznie w formie gorszących incydentów np. w trakcie uroczystości i świąt państwowych. Jako weteran Powstania Warszawskiego byłem tego świadkiem osobiście.

To wszystko odbywa się przy milczącej zgodzie oficjalnych organów Kościoła hierarchicznego, a głosy sprzeciwu nielicznych biskupów, niegdyś częstsze, stają się coraz bardziej odosobnione.

Te groźne tendencje zaczynają dominować, choć nie obejmują oczywiście całego Kościoła. Większość polskich katolików nie angażuje się w hałaśliwe demonstracje polityczne, nie czuje się dyskryminowana w rzekomo zniewolonym kraju. Ale za to coraz więcej ludzi zaczyna się czuć w Kościele nieswojo. Nie chcę nikomu odmawiać prawa do przeżywania swojej wiary w różny sposób, ale trudno się zgodzić na zawłaszczanie Kościoła przez hałaśliwą mniejszość zamieniającą go w partię polityczną. Zarówno doświadczenie historyczne, jak i obserwacja współczesnego świata pokazują, że wszędzie tam, gdzie dochodzi do pomieszania religii z polityką, konflikty polityczne stają się ostrzejsze, a największym przegranym jest religia, która więdnie i traci siłę swego moralnego przesłania.

Na nas wszystkich, ale zwłaszcza na pasterzach polskiego Kościoła, na Episkopacie i jego strukturach spoczywa dziś ogromna odpowiedzialność, aby ten zgubny kierunek odmienić. Trzeba dziś mocno przypomnieć, że Kościół powszechny z samej definicji jest przestrzenią, w której jest miejsce dla każdego człowieka, bez względu na barwy polityczne czy narodowość. Trzeba przypomnieć, że Kościół ma łączyć, a nie dzielić.

Jestem już starszym człowiekiem – wiara i Kościół były treścią mojego całego, prawie 90-letniego życia. I nic tego z pewnością nie zmieni, bo mam świadomość świętości Kościoła. Ale ludzie, u których poczucie sacrum jest słabsze, opuszczają Kościół zniechęceni do instytucji coraz bardziej zawłaszczanej przez stowarzyszone z partiami politycznymi środowisko radiostacji toruńskiej. W imię przyszłości Kościoła w Polsce, w imię jego jedności proszę i apeluję do Księży Biskupów o refleksję i odwrócenie tendencji tak groźnych dla Kościoła i dla Polski.

Ziemkiewicz: logorea dziada

 

 

Na co cierpi Rafał Ziemkiewicz? Na chorobę, która nazywa się endecją.

 

Ale jest i groźniejsza zaraza, występująca zresztą powszechnie u celebrytów, którym nie pozwolono wejść na salony, tą chorobą jest logorea – nadpobudliwość języka.

 

Jak rozpuści mowę z supła języka, to Ziemkiewicz nie wie, kiedy się zatrzymać. Gada i gada. Jest to także syndrom, w którym gdy otwiera się gęba, umysł się zatyka. Myśl nie ma przepustu.

 

Logorea, gadatliwość jak z magla, przekłada się na takąż logoreę w pisaniu. Grube tomiszcza Ziemkiewicza należy wyżąć z treści i zostaje tyle z tego, co kot Kaczyńskiego napłakał. Łza treści.

 

Tak było z „Michnikowszczyzną”, która to pozycja zawładnęła prawicowymi umysłami. Płaczkami endeckimi. Tak już się staje z najnowszym produktem logorei tego autora „Myśli nowoczesnego endeka”. Tytuł sam w sobie jest oksymoronem: jak endek może być nowoczesny? Występuje w tytule jeszcze jeden oksymoron: jak endek może myśleć? Chyba tylko tak, jak w PRL-owskich kawałach myślący milicjant.

 

W maglu zwykle baby rozpuszczają język, więc wychodzi, że Ziemkiewicz to dziad z magla.

Zdrada Kaczyńskiego

 

 

To, co zrobił Jarosław Kaczyński, inaczej nie można nazwać, jak zdradą Polski, polskiej racji stanu.

 

Aż się wierzyć nie chce, że dokonał tego polityk polski. A można o tym przeczytać na portalu wPolityce.

 

Prezes PiS spotkał się z ambasadorami kilkunastu państw. Na tym dziadowskim portalu tłumaczą to jako: „ofensywę międzynarodową PiS”. Pokrętnie konkludując, że jako „partia opozycyjna szykująca się do władzy ma obowiązek informowania partnerów zagranicznych o swoich celach politycznych”.

 

Kaczyńskiemu namieszało się we łbie. Kiedy są wybory, które on zwykle przegrywa? Za trzy lata.

 

Na tym spotkaniu byli nieistotni dyplomaci obcych państw, jak Gruzji, czy Armenii. Ale byli ambasadorowie państw Europy Środkowo-Wschodniej i – uwaga! – Francji.

 

Można się domyślać, jaką uciechę miał Francuz. Musiał się śmiać w kułak z polskiego idioty.

 

Przecież to najczystszej wody zdrada. Robić politykę poza oczyma rządu, a w tym wypadku – niemal to pewne – wbrew premierowi Donaldowi Tuskowi i Radosławowi Sikorskiemu. Taką postawę prezesa PiS można tylko rozpatrywać w kategoriach zdrady stanu.

 

Dlaczego na ten temat nie piszą inne portale, a w każdym razie do tej pory, gdy tę zdradę komentuję.

Zombie Macierewicz i zdjęcia smoleńskie

 

Wyciek drastycznych zdjęć ofiar katastrofy smoleńskiej zatacza coraz szersze kręgi. Nie mogło się to obyć bez wiedzy Kremla, który ma swoje cele, niekoniecznie dla nas jasne i zgodne z polską racją stanu. Nie muszą te zdjęcia być autentyczne, wszak mogły być poddane zabiegowi kolażu.

 

Niemniej polski MSZ zwrócił się do dyplomacji rosyjskiej, aby ukarać autorów wycieku.

 

W Polsce widział je tylko Antoni Macierewicz, który o zdjęciach miał wiedzę wcześniej od innych. Dotarły do jego rąk kilka dni przed ujawnieniem opinii publicznej.

 

Tak te zdjęcia pochłonęły uwagę zombie Macierewicza, iż nie zdążył o tym powiadomić prokuratury. Za to oddał je dalej w ręce grupki ekspertów, którzy pracują nad teorią spisku, wybuchu bomb na pokładzie tupolewa pod Smoleńskiem.

 

Niedługo na ich podstawie Macierewicz podzieli się wiedzą i nowymi „dowodami” winy Tuska i Putina.

Błędy polskiego MSZ

 

Polski urzędnik w jakiejkolwiek ekipie rządowej jest zawsze taki sam: leniwy i niewiele pojmujący z otaczającej go realności politycznej.

 

Szczególnie wrażliwi powinni być urzędnicy z MSZ. Działania ich nie ograniczają się tylko do polskiego podwórka. Wkraczają na tereny niekoniecznie nam sprzyjające. Tak jest w przypadkach wszelkich reżimów, z którymi musimy prowadzić grę dyplomatyczną.

 

MSZ kolejny raz daje plamę w stosunkach z Białorusią. Informuje o tym „Rzeczpospolita”. Opozycjonistom białoruskim przesłano formularze PIT z logiem MSZ, związane to jest z pobranym honorarium za ich udział w szczycie Partnerstwa Wschodniego.

 

Niedawno reżim Łukaszenki skazał na podstawie posiadania polskich dokumentów – które interpretowano jak w reżimie chce satrapa – Alesia Bialackiego. Kolejnych ludzi opozycji białoruskiej w ten sposób naraża się na prześladowania i procesy.

 

W tym wypadku powinien odpowiedzieć swoim stanowiskiem urzędnik i jego zwierzchnik. Nie można ciągle się zasłaniać, że nic się nie stało. Niefrasobliwość w tym kontekście jest kosztowna, Białorusini mogą zapłacić nawet życiem.

Bez Kaczyńskiego Polska jest normalna

 

Jarosław Kaczyński uczepił się debat, jak pies nogawki. Następna jest planowana o bezrobociu, odbędzie się w poniedziałek (22 października).

 

„Więcej pracy” – taki tytuł będzie miała ta „Alternatywa”. Kaczyński zachwala w swoim stylu „praca jest najważniejsza”, a nie Polska. Ciekawe. Oczywiście tylko PiS ma pomysł: jak zmniejszyć bezrobocie, jak industrializować kraj i przywrócić szybkie tempo wzrostu gospodarczego.

 

Jak Polacy dadzą się nabrać, Kaczyński może uczynić to, w czym jest najlepszy. Bagno. Prezesie weź sobie na wstrzymanie. Słupki sondażowe na chwilę podskoczyły, teraz będą wracać do normalności.

 

Polska bez Kaczyńskiego jest normalnym krajem, gdy prezes PiS się odezwie, dopada naród schizofrenia.

Kandydat Gliński z obsesją

Kandydat na kandydata na premiera (w skrócie: para-parapremier) Piotr Gliński robi objazd terenu. Tak mu kazał parapremier Kaczyński (a może premier Burkina Faso).

 

Wyjaśnię dlaczego używam dwa razy para. Bynajmniej nie tylko dlatego, że ta para pójdzie w gwizdek, ale pierwszym kandydatem na premierem, czyli parapremierem rządu pozaparlamentarnego jest Jarosław Kaczyński, a Gliński jest dla niepoznaki, bo prezes PiS ma największy elektorat negatywny i ukrywa swoje rzeczywiste zamiary, więc wychodzi, że ten Gliński to jest para-para.

 

Postępowanie idiotów trudno tłumaczyć, mimo to staram się, jak mogę. Więc ten zuch Gliński trafił do królewskiego miasta Kraków i w magistracie spotkał się z nauczycielkami, przyznał, że ma „obsesję poprawiania Polski”.

 

Następny. Wszyscy w PiS mają obsesję. Największą Kaczyński i Macierewicz, ta ich obsesja niejednokrotnie przeradza się w paranoję i inne stany chorobowe. A ten bez bicia przyznaje się do obsesji.

 

Pogonić takiego kołkiem osinowym, to może mu ta obsesja przejdzie. A czy ten obsesjonista był na Wawelu, aby złożyć pokłon Lechowi Zimnemu? O, na pewno – przecież Kaczyński kazałby mu z Warszawy wracać się i na kolanach zaiwaniać na Wawel.

 

Dwoją się i troją politycy z PiS, aby w kraju było wesoło. Kabaret z parapara- Glińskim idzie im nawet chwacko. Dlaczego TVP nie transmituje? Niewiele mamy rozrywki na kanałach publicznych, tylko same powtórki, a Gliński to świeżyzna, nowalijka.

 

Tusk i prawica, jak wesz – po expose

 

Expose Donalda Tuska na szczęście nie było porywające, ale może być punktem zwrotnym dla PO. Ewidentnie Tusk się nie skończył, to czas nadziei Kaczyńskiego dobiega końca i parapremiera Piotra Glińskiego. Prezes PiS dał nogę, bo najlepiej mu się debatuje ze sobą.

 

Tusk dał nam wiarę, że jeszcze raz przejdziemy kryzys suchą stopą. Przypomniał, iż Polska jako jedyny kraj w UE osiągnęła 18% wzrostu gospodarczego w czasie 5. lat kryzysu, gdy pozostałe (niemal wszystkie: w okolicach zera).

 

Czego Polacy teraz potrzebują? Głównie wiary w siebie i optymizmu. A co daje opozycja? Czarnowidztwo. Gdy nasz wewnętrzny projektor postawi na miejscu Tuska kogokolwiek – Kaczyńskiego, Palikota, czy Millera – idę o zakład, że circa 80% Polakom w oczach się pociemnieje.

 

Premier zaserwował odpowiednią dawkę populizmu, ale w tym dobrym znaczeniu (naszym nieukom przypominam, że pierwotne znaczenie demokratycznego populizmu to: głos ludu), polityka jest robiona dla zwykłych ludzi. Jeszcze raz Tusk okazał się sprawnym mówca. Nie powiedział w górnolotnym stylu: Polakom, wszystkim, biednym, bogatym. Ale: zwykłym.

 

Pieniądze mają się znaleźć na inwestycje. I zastrzelił całą opozycję polityką prorodzinną: roczne macierzyńskie.

 

Teraz dojdą szczegóły (kolejno ministrowie będą prezentować rozwiązania podane przez Tuska), choć i tych dzisiaj wyjątkowo dużo usłyszeliśmy, jak na  expose i dyskusję, w której premier z łatwością rozprawiał się ze swoimi przeciwnikami.

 

Expose niczego nie załatwia. Uzmysławia jednak w jakim jesteśmy miejscu. Przede wszystkim obecny premier nie ma żadnej alternatywy. Tusk, Tusk i długo, długo nikt.Co też nie jest optymistyczne: marniutkie jak bibułka mamy elity polityczne. Lewicy wcale nie ma, jest tylko natarczywa jak wesz prawica. A z z nią Tusk powinien dać sobie radę.

Stop biskupom

 

Wczorajsza porażka partii rządzącej w kwestii skierowania do dalszych prac w komisji projektu ustawy zaostrzającej prawo antyaborcyjne jest jeszcze jednym ustępstwem biskupom, którzy jak diabełki szepczą parlamentarzystom, co jest grzechem.

 

To nie jest zgniły kompromis, to ustępowanie pola biskupom, zabieranie wolności w podejmowaniu decyzji – szczególnie kobietom.

 

Zafundowaliśmy sobie jeszcze jedną wojenkę, bo będzie gorąco nie tylko w Sejmie.

 

Na horyzoncie kroi się następne ustępstwo na rzecz biskupów. Rząd nie był w stanie wynegocjować z biskupami odpisu podatkowego 0,3% na Kościół, więc odesłał rzecz do posłów, a ci podejmą pewnie decyzję taką, jak z zaostrzaniem prawa antyaborcyjnego.

 

Kompromisy z biskupami to ustępowanie im, kapitulacja polskich władz. Tak było w przypadku krzyży w klasach, lekcji religii w szkołach, oceny z religii na świadectwach (chyba jedyny kraj na świecie, oprócz islamskich, w którym młodzież może się pochwalić znajomością artykułów wiary).

 

No i wpisanie dnia Trzech Króli na listę oficjalnych świąt. To kolejna zgroza ustępstwa.

 

Rząd ustępuje, a Kościół władzy nie szanuje. Dla Rydzyka nawet obecny rząd Tuska nie jest polski.

 

Stop biskupom, niech siedzą w kuriach i tam się molestują.