Pisarz nie musi być dziadem, ani Konsulem

Cokolwiek sądzi Szczepan Twardoch i pisarze z jego pokolenia, że dorobił się tytułu ambasadora Mercedesa z gratyfikacją, można mu tylko pozazdrościć. Etos dziada pisarza obowiązuje w polskiej kulturze. Ale także pisarz to najbardziej pożądany zawód i niebezpieczny z powodu zagrożenia ubóstwem.

Twardochowi się udało być ambasadorem, bo uniknął roli Konsula.

Mercedesem wszak nie będzie pisał swoich książek. Może będzie pisał mniej, a to często dla pisarzy dobre wyjście. Nie będzie musiał za wszelką cenę pisać jeszcze jednej książki, a pisał tylko potrzebne.

Zazdroszczę mu, przede wszystkim gratuluję. Bo otwiera innym pisarzom drogę, jaką kroczą np. sportowcy.

Szczaw Fundacji „Maciuś”

Organizacje pozarządowe dla wielu służą tylko dla własnych karier i dojenia pieniędzy skądkolwiek. Choćby z 1% odpisu podatkowego na organizacje użytku publicznego.

 

Niedawno mieliśmy aferę z Kidprotect.pl, którego założyciel Jakub Śpiewak brał z kasy fundacji szmal na swoje luksusowe życie. Następna organizacja, która ma zajmować się dziećmi Fundacja „Maciuś”, o której zrobiło się głośno, kiedy ogłosiła, że w Polsce jest 800 tysięcy głodnych dzieci, od kilku lat nie dostaje zgody ministerstwa na prowadzenie zbiórki publicznej. Kontrola Urzędu Skarbowego wykazała w niej nieprawidłowości. Poza tym okazało się, że na dożywianie dzieci przeznacza się tylko niewielki ułamek wpłat. Reszta trafia do szwajcarskiej firmy.

 

Dziennikarki „Rzeczpospolitej” prześwietliły finanse „Maciusia” – ich śledztwo pokazuje, że na dożywianie dzieci przeznacza się tylko niewielką część dochodów fundacji. Reszta trafia do szwajcarskiej firmy SAZ Dialog AG Europe.

 

Z ostatniego złożonego sprawozdania z działalności w 2011 r. wynika, iż fundacja uzyskała przychody w wysokości ponad 4,5 mln zł, w tym z 1 proc. tylko 270 658 zł. Koszty – czyli głównie obsługa spółki SAZ – wyniosły blisko 3,3 mln zł. Prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości, uważa, że należałoby sprawdzić, kto zasiada w szwajcarskiej firmie, czy nie ma jakichś powiązań personalnych.

 

Danymi z Fundacji „Maciuś” podpierali się zarówno politycy, jak i dziennikarze. „Panie premierze, skoro wyjaśnił już pan sprawę ministra Gowina, to może teraz zajmie się pan niedożywionymi dziećmi, których w Polsce jest 800 tysięcy?” – napisała na Facebooku Monika Olejnik.

 

Jeszcze głośniejszy był szczaw Stefana Niesiołowskiego, który w swoim egzaltowanym stylu zaprotestował w sprawie głodu wśród dzieci. On jak był dzieckiem i głodnym, wtranżalał szczaw z nasypu kolejowego.

 

Dzieci to najwrażliwszy temat, empatyczny. Ludzie dzielą się pieniędzmi we wszelkich akcjach charytatywnych. Niektórzy to wykorzystują, jak szef Kidprotect.pl i z Fundacji „Maciuś”.

 

Danuty Wałęsy praktyczny feminizm

Lech Wałęsa od czasu do czasu zaistnieje publicznie jakimś powiedzeniem. Niektóre z nich robią szczególną furorę i są ozdobami leksykonów, albo umieszczane na T-shirtach.

 

Podpadł poprawności politycznej  ”zaleceniem”, aby homoseksualistów sadzać w tylnych ławach w Sejmie, albo za murem.

 

Nie należy się tym przejmować. Ale media pilnują porządku, więc owo niefortunne spostrzeżenie jest wałkowane. Dziennikarze dotarli do Danuty Wałęsy, która jest kobietą praktyczną, a nie ideową.

 

Dla „Wyborczej” o frustracji męża i jego dyrdymałach opowiada:

 

Jego ojciec zmarł, gdy miał dwa latka. Takie wydarzenia z dzieciństwa mają wpływ na całe życie. Potem przywykł do patriarchatu absolutnego. Nie sposób już tego zmienić, lepiej w ogóle nie wkraczać. Mąż w tym roku będzie miał 70 lat, to nie jest czas na zmiany. Jest zmęczony życiem, rozgoryczony. Doszedł do takiego momentu, że nie ma już bezpośredniego wpływu na to, co się w Polsce dzieje, polityka poszła w swoją stronę. Myślę, że czuje się też niedoceniony (czytaj dalej).

 

Pani Danuta prezentuje feminizm praktyczny, dnia codziennego. Może najtrudniejsza forma kobiecości. Należy swoje godne miejsce wywalczyć, a nie gadać w mediach głupot.

 

Kobiety, wyjdźmy z szafy!

Dzień Kobiet za nami. Kobiety kolejny raz nie zostały dowartościowane, kolejny raz mężczyźni świętowali Dzień Kobiet.

 

Paradoksy nie tylko polskie, ale nasze szczególne. Mamy pretensje do nowoczesności, ucywilizowania się. Na ustach polityków pełno słów o równości płci. Gdy jednak, co do czego dochodzi, przed kobietami są zamykane drzwi. Kobiety są wypraszane. Najwyżej dostają kwiatki – i dziękuję.

 

„Dzień bez kobiet” – tak świętowały Dzień Kobiet dziennikarki „Gazety Wyborczej”. Nie dość, że stwierdziły, że mniej zarabiają od mężczyzn, to zdecydowanie mniej kobiet jest w mediach.

 

Świat pokazywany w mediach jest męskim światem. Dziennikarki „GW” apelują: Kobiety, wyjdźmy z szafy!.

 

Tak jak nie widać nas w Sejmie, Senacie, samorządach, na uczelniach, w pracy. Często same jesteśmy sobie winne. Siedzimy cicho w nadziei, że nasza praca zostanie zauważona. Nie pchamy się do pierwszego szeregu, bo „przecież docenią, widzą, jak ciężko pracuję”.

 

Nie chodzi o narzucanie kobiecej perspektywy, ale o to, by była równowaga. Nie wymuszona, tylko taka po prostu, wynikająca z tego, że kobiet i mężczyzn jest prawie tyle samo.

Wychodzicie? Ja wychodzę.

 

W imieniu kobiet „Wyborczej” powyższą deklarację opuszczenia szafy ogłosiła młoda dziennikarka Grażyna Borkowska.

 

Każdy dzień – nie tylko Dzień Kobiet – winien być dniem bez kobiet w szafach.

 

Prawicowe fioletowe nosy w klozecie IPN

 

Prawica kocha historię, to znaczy: lustrować. Przeglądanie życiorysów, zaglądanie do majtek to ich ulubiony sport. Stale poszerzają tę przypadłość „nosa do tabakiery”. Już nie wystarczą majtki osobnika, którego chcą zlustrować. Sięgają po galoty przodków, barchany matek i ojców, dziadków, itd.

 

Prawicowe nosy od nadmiaru zapachów przeszłości są jak nosy pijaków – fioletowe. IPN to ich ulubione miejsce do wąchania, to prawicowy klozet. Co tam się nawdychają, to ich.

 

Ostatnio przekonał się o tym sędzia Igor Tuleya, gdy Cezary Gmyz wsadził swój fioletowy nos w klozecie IPN do życiorysów jego rodziców. A co się safanduła intelektu nawąchał, musiał się podzielić z prawicową gawiedzią klozetową.

 

Tomasz Lis porównuje te praktyki do bolszewickich: ”To bolszewicy grzebali ludziom w życiorysach, szukając genetycznie skażonych przodków”. Tak jest! To są nasi bolszewicy z fioletowymi nosami.

 

Wąchają w „Gazecie Polskiej”, w „W sieci”, w nowym tygodniku Lisickiego „Do Rzeczy”. To już nie dziennikarze to Nosy i tak ich należy nazywać. Z Polski chcieliby uczynić jeden Wielki Klozet. Rzeczpospolita Klozetowa.

Szumowiny do kontenerów!

Na iście diabelski pomysł wpadły władze Amsterdamu, które chcą położyć kres antyspołecznym , w szczególności homofobicznym zachowaniom niektórych agresywnych mieszkańców. Homofobów chcą eksmitować do specjalnie dla nich przygotowanych osiedli kontenerowych.

 

Podyktowane to jest ochroną osób, które zostały ofiarami homofobicznych zachowań. Pisze o tym brytyjski „The Guardian”.

Osiedla te zwane już są „wioskami dla szumowin”. Byłyby poddane patrolom policji i opiece społecznej, aby mieszkańcy nie powtarzali swych czynów w nowym miejscu pobytu.

 

Taka eksmisja trwałaby sześć miesięcy. Jeżeli delikwent nie resocjalizuje się, zostawałby stałym mieszkańcem-szumowiną kontenerów.

 

W Polsce przydałyby się takie „wioski szumowin” dla ONR-owców, Wszechpolaków, a może nawet dla wybranych pisowców i rydzykowców, którzy knocą przestrzeń publiczną.

Alfabet Kaczyńskiej

 

Zmarła Jadwiga Kaczyńska (1926 – 2013). Cześć jej pamięci. Matka braci bliźniaków, polityków, którzy tak zaleźli za skórę. Wprost publikuje jej alfabet. Oto on:

 

Ania z Zielonego Wzgórza. Anię lubiłam strasznie. Zawsze. Mam w domu całą serię książek Lucy Maud Montgomery w najnowszym wydaniu. Kupił mi ją syn, Jarek, na imieniny. Trochę śmiejąc się przy tym, mówił: „Nie mogłem dostać »Emilki ze srebrnego nowiu«, bo nie wyszła”. Kiedy byłam z wizytą u rodziny w Kanadzie, zrobiono mi taką siurpryzę: pojechaliśmy na Wyspę ks. Edwarda. Jest tam muzeum pisarki i w skansenie wszystko jak w powieści. Na łóżku leży brązowa sukienka, którą Ania dostała na Gwiazdkę od Mateusza… Panie, które oprowadzają po muzeum, pokazały mi list pewnego nieżyjącego już premiera angielskiego, który pisał, że uwielbia „Anię z Zielonego Wzgórza” i czyta ją zawsze, gdy jest mu źle.

 

Ashton, Catherine. Angielska baronessa, która została ministrem spraw zagranicznych Unii. Informację o nominacji zobaczyłam w którejś gazecie, a potem w telewizji. Pani Ashton i pan Rompuy, prezydent Unii… Naprawdę nie bardzo wiem, skąd oni ich wzięli.

Biblioteka. Pierwsze książki kupował mi stryj Wincenty Jasiewicz. To była taka biblioteka dziecięca. Wtedy właśnie zaczęłam się zaczytywać w „Ani…”: „Ania z Avonlea”, „Ania z Szumiących Topoli”. Od małego bardzo dużo czytałam. Ale jakoś nie potrafiłam być wdzięczna stryjowi za jego uwagę, bo był bardzo surowy, wręcz groźny i bałam się go. Brałam więc książkę, kłaniałam się i uciekałam. Później książkami obdarzał mnie mój brat Jan. To on pokazał mi Tuwima. Do dziś mam od niego tomik wierszy Tuwima wydany w 1936 r.

Buzek, Jerzy. W ogóle się podoba, choć nie wiem, czy nie jest przeceniany jako polityk. Myślę, że bez wsparcia rządu trudno byłoby mu zostać przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Zobaczymy jeszcze, co potrafi załatwić.

Ciotki. Moja mama była jedynaczką, ale miała siostry przyrodnie. To były ciotka Lutka, ciotka Janka, ciotka Wanda. Siostry miał też mój tata. Miał ośmioro rodzeństwa. Ciotka Stefcia była chora na gruźlicę i ciągle leczyła się za granicą. Ciotka Jula wyszła za mąż za oficera białogwardzistę i została w Rosji. Poznałam ją późno. Najbardziej zżyta byłam z ciotką Kazią. Była bardzo serdeczna, miła, obdarzona darem osobistego czaru. Była żoną oficera i mieszkała w różnych miejscach. A później została zesłana. Trafiła do Kazachstanu, stamtąd później do Anglii, gdzie zamieszkała.

 

Dziadkowie. Dom. Można powiedzieć, że byłam chowana w domu seniorów. Dom był pełen babć i dziadków. Jadwiga Jasiewicz była mamą mojego ojca, to po niej mam imię. Bardzo kochałam babcię Stefcię Szydłowską, ciocię-babcię, która wychowywała moją mamę ( jej mama zmarła, gdy moja mama miała roczek). Była też babcia Wikcia, siostra babci Stefci. Dziadkowie byli od kochania. Moim prawdziwym dziadkiem był Franciszek Szydłowski. Miał braci, których także nazywałam dziadkami: Janka, Adama i Stanisława. Najbardziej kochałam dziadka Janka, miał na mnie ogromny wpływ. Był dyrektorem kopalni. Umarł, gdy miałam osiem lat, podobno na zawał. Dziadek Adam był pełen dowcipu, był adwokatem. A dziadek Staś, mieszkający gdzieś w Stanisławowie, ciągle robił jakieś fakultety: teologię, botanikę. Ale nie wiem, co skończył. Mój prawdziwy dziadek Franek nie był moim ulubieńcem. Chyba nie był zbyt miły. Pamiętam, jak mój brat powiedział mi kiedyś o nim: „Chodź, zobaczysz, idzie diabeł…”. Sądzę, że dziadkowie bardzo się kochali. Stale grali w preferansa. Przychodził do nich ksiądz proboszcz i generał Piskor. Gdy grali, czasem mówili do siebie: „Smarkaczu ty jeden!”. Mnie wolno było na to patrzeć. W ogóle było mi wolno wszystko. Nie mogłam tylko z siostrą tańczyć w piątek. U dziadków były zawsze olbrzymie obiady, które mnie przerażały, bo było bardzo dużo dań. Potem w czasie wojny, gdy byłam głodna, myślałam, że Pan Bóg chce mnie ukarać za ten grzech niejedzenia… i grymasów.

 

Europa. Nie powiem, żebym była zachwycona całą tą Europą, Unią, wszystkim, co się tam dzieje. Spodziewałam się więcej. Europa powinna być bardziej zjednoczona, a Polska powinna w niej być na równych prawach z innymi, a nie jest. Mam dosyć tego, że Polska zawsze trochę mniej się liczy. Czy odczuwam, że od 2004 r. jesteśmy w Europie? Osobiście nie. Odczuwam tyle, że ciągle się o tym mówi. Jestem tego świadoma. Wcześniej trochę jeździłam po Europie. Byłam kilka razy w Anglii, dwa tygodnie w Austrii, byłam też w Belgii i Holandii. Cieszy mnie, że Szwajcarzy zagłosowali niedawno przeciw minaretom. Możecie się państwo oburzać, ale ja mam 82 lata (a właściwie już 83) i myślę właśnie w ten sposób.

Francja. Oprócz Niemiec i Anglii, która jest trochę z boku, to najważniejszy kraj Europy. To znaczy taki, który się bardziej liczy. Ale czy podoba się państwu Sarkozy?

Gosposie. Przyznaję, że wychowywałam się wśród gosposi i niań. Okropnie lubiłam Marynię, Kasię, Zosię. Kochałam je. Najwięcej chyba Zosię.

Harcerstwo. To czasy wojenne. Należałam do harcerstwa w Starachowicach. Miałam pseudonim Bratek, byłam w zastępie Zioła drużyny Las. Kilka tygodni temu odbyło się odsłonięcie naszej tablicy pamiątkowej. W czasie wojny chodziliśmy na tajne komplety – tajne nauczanie w różnych mieszkaniach. Byłam w Szarych Szeregach. Pracowałam w szpitalu jako sanitariuszka. Często woziliśmy podleczonych partyzantów do podstarachowickich lasów…

Humor. Bardzo ważny w mojej rodzinie. Pamiętam, że gdy byłam mała, mieliśmy w Starachowicach psa Wilusia. Kiedyś pewna pani przyszła oskarżyć nas, że wołając tak na psa, uchybiamy godności jej syna, któremu tak samo na imię. Dziadziuś Adam poprosił tę panią do siebie i powiedział jej: „Rzeczywiście może pani powinna wnieść skargę, może trzeba będzie zadośćuczynić pieniędzmi… No, ale co my możemy zrobić? Pies nie chce tego zrozumieć. Mówimy do niego, że nie wypada mu reagować na Wiluś, a on nic…”. Moi synowie poczucie humoru mają po moich dziadkach – Janku i Adamie. I przede wszystkim po moim tacie, czyli Aleksandrze Jasiewiczu.

Irena. Moja starsza o 4,5 roku siostra Irena Jasiewicz-Tomaszewska. Miała ogromną wyobraźnię. Jako dziewczynki urządzałyśmy przedstawienia, ona była reżyserką. Kiedyś miałam być złotowłosą królewną, ale przyjechała kuzynka, która miała złote warkocze, i odebrano mi rolę. Zagrałam pączka. Do dziś pamiętam moją rozpacz. Na siostrę mówiliśmy w rodzinie Dzidka. Spędzaliśmy u nich w ostatnich latach święta. Razem z mężem Stanisławem Miedzą-Tomaszewskim byli plastykami, wiele się u nich w domu działo. Z siostrą widywałyśmy się często. Była bardzo kobieca, nie interesowała się polityką. Rozmawiałyśmy głównie o synach, obgadywałyśmy synowe, mówiłyśmy o sprawach rodzinnych. Dzidka umarła w ubiegłym roku.

Internet. Rzecz bardzo pożyteczna. Posługiwałam się nim, jak pracowałam nad monografią Jana Józefa Lipskiego. Wtedy internet mi pomógł, bo nie musiałam latać po wszystkich bibliotekach.

Jan Fyuth. Brat był starszy ode mnie o 10 lat. To nie był mój brat rodzony. Był synem mojej mamy z pierwszego małżeństwa (jej pierwszy mąż umarł wcześnie). Imponował mi strasznie. Wydawał mi się najstarszym bratem na świecie. Był bardzo dowcipny. Zabierał mnie do Ziemiańskiej, żeby pokazać mi Słonimskiego, Boya, Tuwima… Ale kazał mi chodzić zawsze z tyłu, żeby nikt nie widział, bo się wstydził takiej smarkuli. Miał przyjaciela z wyścigowym samochodem, co było niesłychanie imponujące. Pozwalali mi czasem z sobą jeździć. Jasiek zabierał mnie do muzeów, pokazywał rzeźby, żebym nie miała spaczonego gustu… W 1939 r. postanowił już na samym początku wojny dostać się do armii. Na granicy litewskiej (nie przechodził przez rumuńską, bo była zamknięta) znalazła się baba, która okazała się szpiegiem. Oddała całą jego grupę Rosjanom. Jan uciekał i go postrzelili. Wzięli do szpitala wojennego, a potem wywieźli pod Archangielsk i tam zmarł dwa lata później, prawdopodobnie rozstrzelany. Miał 24 lata. Dowiedziałam się o tym w latach 60.

Jadwiga Jasiewicz. Matka mojego ojca. To po niej mam imię. Ale nigdy nie mówiono do mnie Jadzia, tylko Dada. Tatuś tak wykombinował – byłam albo Buba albo Dada. Za Jadwigę miałam żal. Bardzo nie lubiłam mojego imienia, nadal nie lubię. Wiem, że kojarzy się z historią Polski, ale mnie się nie podoba. Wolałam zawsze mieć na imię Bunia. Kiedyś pojechałam z mamą nad morze i wszystkim moim koleżankom powiedziałam, że mam tak właśnie na imię. Ale co to za imię? Nie wiem…

Kaczyński Rajmund. Poznałam go na balu na Politechnice Warszawskiej. On już był wtedy po studiach. Na ten bal przyszłam z kimś innym – z moim narzeczonym Leszkiem. A wyszłam z Rajmundem. Następnego dnia Rajmund sam przedstawił się moim rodzicom. Chyba tak od razu go nie zaakceptowali. Uważali, że jeszcze mam czas na takie sprawy. A mnie było przykro powiedzieć o wszystkim Leszkowi. To był porządny chłopiec. Do dziś uważam, że zrobiłam mu świństwo, ale najbardziej cierpiałam, że musiałam oddać mu bransoletkę z granatami, którą chciał mi podarować. Chyba byłam próżna. Strasznie się martwiłam, że nie mogę przyjąć takiej pięknej rzeczy. Nie mówiłam Leszkowi, że wybrałam Rajmunda, bo to chyba nie ja wybrałam. To Rajmund. On był taki zasadniczy. Ja byłam łagodniejsza. Mąż był bardzo towarzyski. Przez lata spotykał się ze swoimi kolegami powstańcami (brał udział w powstaniu warszawskim) i chłopakami z kursów lotniczych. Oni mnie teraz ciągle zapraszają, żebym była matką chrzestną różnych samolotów. Z Rajmundem stworzyłam normalny warszawski dom. Sądzę, że dobrze się stało…

Kanada. Miałam tam braci stryjecznych andersowców – Lucjana i Stanisława, synów Wincentego Jasiewicza, brata mojego ojca. Byłam u nich w 1987 r., spędziłam tam aż cztery miesiące. Przez półtora miesiąca objeżdżaliśmy Kanadę i Amerykę. Zwiedziłam bardzo dużo i wspominam to z niezwykłą przyjemnością. Widziałam masę rzeczy: inne miasta, inny świat, innych ludzi. Było też inne jedzenie – okropne. Kanada jest piękna jesienią. Nigdy nie przypuszczałam, że tam są takie kolory.

Literatura. W domu rodzinnym wiele się mówiło o polityce, ale jestem polonistką i tak naprawdę interesuje mnie literatura. Potrafi mnie gniewać i cieszyć. Przed snem lubię czytać rzeczy lekkie, ale nie znoszę szmiry. Nie mogę zrozumieć, jak można czytać te panie, których nazwisk nie chcę wymieniać… Dla rozrywki czytam na przykład Agathę Christie. Mam ją całą. Albo Jane Austen, albo… Wydaje mi się, że literatura lat ostatnich jest mało literacka. Bardzo jestem teraz zainteresowana naszą ostatnią noblistką Hertą Müller, ale boję się czytać, bo nie chcę rozczarowania. W ostatnich latach z przyjemnością czytałam „Madame” Antoniego Libery. Cenię go, ale nie tak, żebym za nim szalała. Ja za niczym teraz tak nie szaleję. Ciekawi mnie Rymkiewicz, ale to eseistyka raczej niż literatura sensu stricto. Wildstein, którego bardzo wysoko cenię jako publicystę, rozczarowuje mnie jako powieściopisarz. Chciałabym, żeby powstawały takie książki, jak pisała Dąbrowska, której listy do męża przeczytałam z zainteresowaniem. Nie mamy Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Gojawiczyńskiej – literatury, która przenosi w inny świat. Lubię autorów angielskich, np. Galsworthy’ego. Ale naturalnie nie tylko jego.

Małżeństwo. Nie wyszłam za mąż z rozsądku, ale chyba też nie z jakiejś wielkiej miłości. Na pewno zakochałam się w moim mężu, naturalnie. Rajmund zakochał się, ale potem rozmyślał. Ja także rozmyślałam. Wstydziliśmy się do tego przed sobą przyznać. Ale potem pobraliśmy się i myślę, że dobrze się stało. To był rok 1948. Nie mieliśmy nic, bo nasi rodzice stracili wszystko w czasie wojny i po wojnie. Małżeństwo to temat, który dotyczy mojego syna Jarka. „Czy Jarek się ożeni, czy nie?” – rozmawiałyśmy często z siostrą. A on tylko się śmiał. I do dziś się śmieje, a ja już teraz robię to razem z nim. On nie jest jedynym starym kawalerem w rodzinie. Dziadek Janek i dziadek Stasiek też się nie ożenili. Kiedyś bardzo chciałam, żeby założył rodzinę, ciągle śniły mi się suknie ślubne. Miałam nawet wrażenie, że była taka pani… Ale nie pewna posłanka, o której pisały media, tylko pani muzykolog. Prawda była zupełnie inna, niż opisywała to prasa.

Niemcy. Niemcy są różni: inni Prusacy, inni Bawarczycy… Wiem, że można się zmieniać. Dziś Niemcy są bardziej kulturalni, bardziej wpasowani w tę część Europy niż kiedyś. Jednak nigdy nie zapomnę Niemcom tego, co zrobili w czasie wojny. Boli mnie też i oburza to, co robi Erika Steinbach. Chyba każdego Polaka to oburza. W Niemczech byłam tylko przejazdem; natomiast w 1984 r. byłam przez dwa tygodnie w Austrii. To było wtedy, gdy dowiedziałam się o śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Okazało się, że nie tylko rozumiem, ale też potrafię mówić po niemiecku, choć od skończenia gimnazjum minęło wiele lat. W szkole na zaliczenie musiałam tłumaczyć „Cierpienia młodego Wertera”. Wprawdzie Werter wyszedł w moim tłumaczeniu na koniec żywy, ale jakoś zaliczyłam.

Obama, Barack. Mam do tego prezydenta bardzo specjalny stosunek. Mam już swoje lata, pamiętam wielu prezydentów USA, ten przypomina mi troszkę Kennedy’ego, ale takiego „pół wieku później”. Świat bardzo się zmienił. Być może Obama ze swoim stylem jest już z czasów, które nie do końca rozumiem. Ale stosunek do naszej części Europy, do Polski – mnie się nie podoba! Pewna nonszalancja wobec Europy w ogóle – także. Jak to będzie kiedyś z Nagrodą Nobla – zobaczymy!

Putin, Władimir. Nie spodziewam się po nim niczego.

Polityka. Interesuję się nią, bo muszę, bo była ze mną przez całe życie. W domu dziadków rozprawiano bez przerwy: „ten Dmowski, ten Piłsudski!”. Miałam osiem lat i mogłam dokładnie powiedzieć, co zrobił jeden, a co drugi. Ojciec był rozpolitykowany. Socjalizował raczej i nie znosił Piłsudskiego. A mój syn Jarek ma dla marszałka wielki podziw. Mówi, że potrafi przyjąć punkt widzenia dziadka, ale rozumiejąc politykę tak naprawdę, jasne jest, że Piłsudski postępował najlepiej, jak można było postępować dla kraju. Ja nigdy nie zgadzałam się z Dmowskim, choć uważam, że jego koncepcje też nie były głupie. Pracowałam w IBL i zajmowałam się Kruczkowskim, więc musiałam czytać i o Piłsudskim, i o Dmowskim, bo Kruczkowski był rozpolitykowany. Czytałam przedwojenne gazety już jako dorosła, na przykład felietony na temat Rosji. Bardzo ostre, zresztą prawdziwe, jak się o tym przekonaliśmy. Studiowałam też gazety komunistyczne… Moja mama była czytaczem doskonałym, ale polityki nie lubiła. Ja się strasznie dziwię, jak ktoś się nie interesuje polityką. Mam przyjaciółkę, najserdeczniejszą w świecie, której w ogóle to nie zajmuje.

Rodzice. Stefania z Szydłowskich i Aleksander Jasiewicz. Mieszkałam z nimi w Warszawie na Żoliborzu w domu przy Mickiewicza 27, gdzie później mieszkał Kuroń. Tu posłali mnie do przedszkola. Ale potem coraz więcej czasu spędzałam z dziadkami w Starachowicach. Tata, inżynier budowlany, chorował na gruźlicę. Czasem wyjeżdżał do Otwocka, czasem za granicę, ale też leżał często w domu i wzywano do niego doktora. Wtedy natychmiast wysyłano mnie do dziadków. Rodzice często mnie tam odwiedzali, a w czasie wojny wszyscy przenieśliśmy się do Starachowic. Najpierw pojechała tam moja mama z siostrą. Ja zostałam z tatą w Warszawie, bo chorowałam i miałam czekać na operację gardła. Lekarz odkładał jednak termin operacji, bo stale jadłam lody. Tata dawał mi pieniądze, nie wiedząc naturalnie, co z nimi robię. Ojciec spodziewał się wojny. I czuł, że przyjdzie z dwóch stron – z Niemiec i z Rosji. A poza tym ojciec był niezwykle wesołym człowiekiem. Taki ścichapęk. Umarł, jak miałam 24 lata. Została z nami mama.

Rosja. Najpierw straciłam tam brata. Później jeszcze siostrę cioteczną. Umarła z głodu w Kazachstanie. Do Kazachstanu Rosjanie zesłali prawie wszystkich Jasiewiczów, rodzinę ojca – ciotkę Kazię, stryjenkę, jej dwie córki, babcię Jadwigę, matkę mojej stryjenki… Wiele lat później byłam na Krymie. W Odessie, Jałcie. Widziałam pałac, w którym odbyło się to świństwo – podział Europy. Obejrzałam wiele portretów Katarzyny Wielkiej. Moja siostra cioteczna była historykiem sztuki i opowiadała mi, ile gramów złota jest w każdym obrazie. Nie wiem, czemu dla Rosjan to takie ważne – mówienie o złocie. Zapamiętałam to do dziś.

Starachowice. To miejsce magiczne, miejsce mojego dzieciństwa. Mieszkaliśmy tam w domu mojego wspomnienia dziadka Janka (dom nie był jego własnością, tylko kopalni). Dom miał sześć pokoi i leżał w kolonii Bugaj. Pamiętam adres: Bugaj 219. Miał ogród obrośnięty orzechem laskowym i jarzębinami. Można było siadać i jeść, i kłaść się na gałęziach. I był staw. A dookoła wielkie na 80 km kw. lasy. W tych lasach w czasie wojny byli partyzanci. W Starachowicach mieszkała najpierw rodzina mojej mamy – Szydłowscy. Ojciec trafił tam w poszukiwaniu pracy. Był inżynierem budowlanym, a w Starachowicach była największa w Polsce fabryka broni. I powstawały różne kolonie, zjeżdżali się tam ludzie. Budowniczych brakowało. Tata został tam, kiedy poznał moją mamę. Był synem pułkownika armii rosyjskiej… Zawsze kiedy to mówię, potrzebuję się jakoś wytłumaczyć. Dodaję wtedy, że dziadka zabili Kozacy w czasie rewolucji i być może to jakaś rekompensata. A poza tym, że mój pradziadek zginął w powstaniu styczniowym, a prapradziadek w powstaniu listopadowym. W Starachowicach spędzałam wakacje, chodziłam do gimnazjum i liceum. Tam przeżyłam wojnę. Odjechałam na stałe do Warszawy w 1946 r. Później w Starachowicach bywałam już tylko na Święto Zmarłych.

Tomaszewski. Stanisław Miedza-Tomaszewski. Był plastykiem, grafikiem, mężem mojej siostry Ireny. Stasiek już nie żyje. Muszę przyznać, że bardzo go lubiłam. Kiedy ożenił się z moją siostrą, rodzina powiększyła się o bardzo ważną dla nas postać. Nie zawsze zdarza się to szczęście, że powiększając się, rodzina się wzbogaca o kogoś prawdziwie bliskiego.

USA. Zwiedziłam kawałek Stanów Zjednoczonych przy okazji wizyty w Kanadzie. Pamiętam drewniane domy. Taki też był dom Kennedych w Cape Cod. Objeżdżaliśmy go samochodem. Trzeba było jechać wokół tego domu bardzo wolno. To mnie zdziwiło. Czy oni się czegoś boją? – myślałam. To była rodzina naznaczona piętnem tragedii. I było to niezależne chyba od polityki.

Wojna. Przeniosła mnie na dłużej do Starachowic i zabrała część rodziny. Najgorsza dla mnie była strata brata i odnowienie się choroby ojca. I śmierć siostry ciotecznej w Kazachstanie. Była moją równolatką. Oglądałam obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. Myślę, że było to potrzebne. Miałam tylko obiekcje co do Putina. Czy warto go zapraszać? – myślałam. On dał już dostatecznie wyraz temu, że ma swoje zdanie, z którym się w pełni zgadza. Przeżyłam wojnę i znam Rosję. Byłam więc nawet zaskoczona pewnego rodzaju grzecznością Putina. Co do Angeli Merkel – mam wobec niej bardzo złożone uczucia. Nie budzi we mnie złych emocji i jest mi obojętna, a z drugiej strony myślę, że nie powinna być obojętna, skoro tak dużo znaczy.

Ziobro, Zbigniew. Nie przyglądam się specjalnie jego pracy jako europosła. Nie śledzę zresztą uważnie innych europosłów. Ziobro to zdolny człowiek. Kiedyś dzwonił do mnie radzić się, a właściwie rozmawiać o drobnych sprawach. Dziś już nie dzwoni. Jest za granicą. Myślę, że jest teraz bardzo pewny siebie.

 

Źródło: Wprost.pl

Nie możesz być Panem Bogiem

 

Do niecodziennej sytuacji doszło w Urzędzie Stanu Cywilnego w Ostrowcu Świętokrzyskim. Tuż przed Bożym Narodzeniem zgłosił się 60-letni mężczyzna, który chciał zmienić imię.

 

Chciał nosić imię Pan Bóg. W USC nastąpił popłoch, bo mężczyzna wyglądał na inteligentnego, wniosek wypełnił poprawnie, wniósł opłatę skarbową. W rozmowie prezentował się jako osoba oczytana.

 

Zaczęto mu perswadować, że nie może nosić takiego imienia, gdyż jest jednostkowe i bardzo jednoznaczne. Na nieszczęście dla siebie mężczyzna się zdenerwował. Chyba na to czekano i konieczne było wezwanie służb porządkowych.

 

A może mężczyzna miał rację, chciał zmienić imię na Pan Bóg, bo np. nosił Adolf, albo Jarosław.