Prawicowe fioletowe nosy w klozecie IPN

 

Prawica kocha historię, to znaczy: lustrować. Przeglądanie życiorysów, zaglądanie do majtek to ich ulubiony sport. Stale poszerzają tę przypadłość „nosa do tabakiery”. Już nie wystarczą majtki osobnika, którego chcą zlustrować. Sięgają po galoty przodków, barchany matek i ojców, dziadków, itd.

 

Prawicowe nosy od nadmiaru zapachów przeszłości są jak nosy pijaków – fioletowe. IPN to ich ulubione miejsce do wąchania, to prawicowy klozet. Co tam się nawdychają, to ich.

 

Ostatnio przekonał się o tym sędzia Igor Tuleya, gdy Cezary Gmyz wsadził swój fioletowy nos w klozecie IPN do życiorysów jego rodziców. A co się safanduła intelektu nawąchał, musiał się podzielić z prawicową gawiedzią klozetową.

 

Tomasz Lis porównuje te praktyki do bolszewickich: ”To bolszewicy grzebali ludziom w życiorysach, szukając genetycznie skażonych przodków”. Tak jest! To są nasi bolszewicy z fioletowymi nosami.

 

Wąchają w „Gazecie Polskiej”, w „W sieci”, w nowym tygodniku Lisickiego „Do Rzeczy”. To już nie dziennikarze to Nosy i tak ich należy nazywać. Z Polski chcieliby uczynić jeden Wielki Klozet. Rzeczpospolita Klozetowa.

Gmyza zbrodnia niesłychana

 

 

Wybitny filozof prawa i konstytucjonalista Wojciech Sadurski pisze o najgorętszym obecnie „kartoflu medialnym”.

 

Mianowicie o Cezarym Gmyzie, który ujawnił „zbrodnię niesłychaną” – trotyl na smoleńskim tupolewie.

 

Dlaczego mamy wierzyć Gmyzowi, a nie polskiej komisji śledczej Jerzego Millera i prokuratorowi generalnemu, Andrzejowi Seremetowi? Dodam: dlaczego mamy nie wierzyć własnemu rozsądkowi?

 

Gmyz ma prawo do ochrony swoich informatorów. Z tego skorzystał. Ale właściciel „Rzeczpospolitej” ma także prawo do ustosunkowania się do swojej własności, gdy odczytał, że jego pracownik mógł świadomie dać wpuścić się w maliny.

 

Waga newsa o trotylu jest tym cięższa, że ważyły się w jakimś sensie losy Polski. A przy tym wyglądało, iż Gmyz był „ustawiony” z działaniami Kaczyńskiego i Macierewicza, bo ci od razu zrobili posiedzenie swojego zespołu sejmowego ds. zbrodni Tuska i chcieli przechwycić władzę.

 

A informatorami chronionymi przez Gmyza wszak mogły być takie tuzy dziennikarstwa, jak Ewa Stankiewicz, Jan Pospieszalski, Myszka Miki i złodziej złomu w Smoleńsku.

 

Tego  nie wiemy, bo Gmyz ich chroni.

 

Z kolei Jacek Żakowski widzi tę sytuację w jeszcze szerszym planie: To niewydolność dzisiejszego systemu dziennikarskiego.

 

W redakcjach nie ma kto kontrolować rzetelności, ale także miała znaczenie: polska bylejakość.

 

„Ogólna – wynika z sytuacji ekonomicznej mediów. Ubożenie sprawia, że z jednej strony coraz mniej osób pracuje w redakcjach i coraz mniej wysiłku wkłada się w pracę nad tekstami, a z drugiej rośnie presja na newsa, czy – jak mówimy z angielska – scoopa, czyli coś na prawdę mocnego”.

 

Nie bez znaczenia są też sympatie polityczne Gmyza i całej redakcji „Rzeczpospolitej”. Publicyści tego dziennika wmawiają czytelnikom, że Polska opanowana jest przez spisek: „Wciąż jednak nie ma Graala, który by stanowił ostateczny dowód. Gmyz (podobnie jak wcześniej Bronisław Wildstein i kilka innych osób) dostarczył tego wymarzonego Graala. Nic więc dziwnego, że jego artykuł przyjęto z entuzjazmem i nadano mu najwyższą rangę. Żadna redakcja – wolna od takiej dramatycznej tęsknoty za Graalem Wielkiego Spisku – tekstu Gmyza by nie opublikowała w takiej formie i bez precyzyjnego sprawdzenia”.