Prawicowy Smród Mazurek zastosował przemoc słowną w stosunku do Barbary Nowackiej

Mazurek, który podaje się za dziennikarza, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” rozmawiał z Barbarą Nowacką.

I zastosował typową dla ćwierćinteligentów prawicowych przemoc słowną, iż Nowacka jest „lewicą kawiorową”.

Czy ktoś niedoróbkę Mazurka mógłby kopnąć w jego brunatną część ciała?

Bynajmniej nie jest to tyłek. Podający się za dziennikarza, a w istocie „dziennikarz” taki odbył dialog:

– Zarabia pani na płatnych studiach [Nowacka jest kanclerzem Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych], a popiera bezpłatną edukację – indagował Mazurek.

– I gdzie tu problem?

– (…) Ile pani zarabia? Zdziwi się pani jak nazwę to kawiorową lewicą?

– Kawiorową lewicą? Moje dzieci chodzą do zwykłej podstawówki.

– (…) ale później będą miały trochę inne zabawki: dodatkowy angielski, muzykę, tenis, wakacje w tropikach.

– O co panu chodzi? Nie zajmujmy się tym, co będą robiły moje dzieci.

– (…) będzie pani broniła wolności słowa polskich neonazistów?

– O ile będą przestrzegać europejskich norm.”

Smród Mazurek – nie napisałem jego imiena, bo takie nosi: Smród – pierdzi w polskich mediach. Zabłądził koszałek-opałek.

Szczaw Fundacji „Maciuś”

Organizacje pozarządowe dla wielu służą tylko dla własnych karier i dojenia pieniędzy skądkolwiek. Choćby z 1% odpisu podatkowego na organizacje użytku publicznego.

 

Niedawno mieliśmy aferę z Kidprotect.pl, którego założyciel Jakub Śpiewak brał z kasy fundacji szmal na swoje luksusowe życie. Następna organizacja, która ma zajmować się dziećmi Fundacja „Maciuś”, o której zrobiło się głośno, kiedy ogłosiła, że w Polsce jest 800 tysięcy głodnych dzieci, od kilku lat nie dostaje zgody ministerstwa na prowadzenie zbiórki publicznej. Kontrola Urzędu Skarbowego wykazała w niej nieprawidłowości. Poza tym okazało się, że na dożywianie dzieci przeznacza się tylko niewielki ułamek wpłat. Reszta trafia do szwajcarskiej firmy.

 

Dziennikarki „Rzeczpospolitej” prześwietliły finanse „Maciusia” – ich śledztwo pokazuje, że na dożywianie dzieci przeznacza się tylko niewielką część dochodów fundacji. Reszta trafia do szwajcarskiej firmy SAZ Dialog AG Europe.

 

Z ostatniego złożonego sprawozdania z działalności w 2011 r. wynika, iż fundacja uzyskała przychody w wysokości ponad 4,5 mln zł, w tym z 1 proc. tylko 270 658 zł. Koszty – czyli głównie obsługa spółki SAZ – wyniosły blisko 3,3 mln zł. Prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości, uważa, że należałoby sprawdzić, kto zasiada w szwajcarskiej firmie, czy nie ma jakichś powiązań personalnych.

 

Danymi z Fundacji „Maciuś” podpierali się zarówno politycy, jak i dziennikarze. „Panie premierze, skoro wyjaśnił już pan sprawę ministra Gowina, to może teraz zajmie się pan niedożywionymi dziećmi, których w Polsce jest 800 tysięcy?” – napisała na Facebooku Monika Olejnik.

 

Jeszcze głośniejszy był szczaw Stefana Niesiołowskiego, który w swoim egzaltowanym stylu zaprotestował w sprawie głodu wśród dzieci. On jak był dzieckiem i głodnym, wtranżalał szczaw z nasypu kolejowego.

 

Dzieci to najwrażliwszy temat, empatyczny. Ludzie dzielą się pieniędzmi we wszelkich akcjach charytatywnych. Niektórzy to wykorzystują, jak szef Kidprotect.pl i z Fundacji „Maciuś”.

 

PO się rozpada, nowa partia, absurdy medialne

W mediach dzieje się coraz gorzej. Chwytają się najbardziej absurdalnych pomysłów, nie tylko z powodu, że mają coraz gorszych dziennikarzy. Media papierowe odchodzą z rynku, a „Rzeczpospolita” po aferze trotylowej utraciła resztki wiarygodności.

 

W najnowszej „Rz” wymyślili sobie, że PO upada, rozsypuje się, więc na pewno „układ” będzie szukał jakiegoś ratunku. Niezbyt rozgarnięci dziennikarze na taki geniusz wpadli, a naczelny temat klepnął, nowe rozdanie polityczne, nowy układ personalny, będzie nowa partia.

 

W tym nowym podmiocie politycznym po upadku PO znajdą się: Ziobro, Kowal, Doda i Środa. A także Kamiński, Giertych i Bielan. Jak to można określić? Tylko podobną metaforą, jak te wypociny: intelektualne szczyny.

 

Do tego Radosław Sikorski jakoby będzie kandydował na prezydenta. Radocha, uciecha, że pachy zabijać o tej porze roku. Degradacji prasy totalna.

 

Sikorski na Twitterze musiał „newsa” prostować, a Marek Migalski mu odćwierkał, iż nie wierzy. Szef dyplomacji zapewnił że zagłosuje na Bronisława Komorowskiego.

 

Tyle są warte media, ale też winni są politycy, którzy dają się w takie absurdy wciągać.

Gmyza zbrodnia niesłychana

 

 

Wybitny filozof prawa i konstytucjonalista Wojciech Sadurski pisze o najgorętszym obecnie „kartoflu medialnym”.

 

Mianowicie o Cezarym Gmyzie, który ujawnił „zbrodnię niesłychaną” – trotyl na smoleńskim tupolewie.

 

Dlaczego mamy wierzyć Gmyzowi, a nie polskiej komisji śledczej Jerzego Millera i prokuratorowi generalnemu, Andrzejowi Seremetowi? Dodam: dlaczego mamy nie wierzyć własnemu rozsądkowi?

 

Gmyz ma prawo do ochrony swoich informatorów. Z tego skorzystał. Ale właściciel „Rzeczpospolitej” ma także prawo do ustosunkowania się do swojej własności, gdy odczytał, że jego pracownik mógł świadomie dać wpuścić się w maliny.

 

Waga newsa o trotylu jest tym cięższa, że ważyły się w jakimś sensie losy Polski. A przy tym wyglądało, iż Gmyz był „ustawiony” z działaniami Kaczyńskiego i Macierewicza, bo ci od razu zrobili posiedzenie swojego zespołu sejmowego ds. zbrodni Tuska i chcieli przechwycić władzę.

 

A informatorami chronionymi przez Gmyza wszak mogły być takie tuzy dziennikarstwa, jak Ewa Stankiewicz, Jan Pospieszalski, Myszka Miki i złodziej złomu w Smoleńsku.

 

Tego  nie wiemy, bo Gmyz ich chroni.

 

Z kolei Jacek Żakowski widzi tę sytuację w jeszcze szerszym planie: To niewydolność dzisiejszego systemu dziennikarskiego.

 

W redakcjach nie ma kto kontrolować rzetelności, ale także miała znaczenie: polska bylejakość.

 

„Ogólna – wynika z sytuacji ekonomicznej mediów. Ubożenie sprawia, że z jednej strony coraz mniej osób pracuje w redakcjach i coraz mniej wysiłku wkłada się w pracę nad tekstami, a z drugiej rośnie presja na newsa, czy – jak mówimy z angielska – scoopa, czyli coś na prawdę mocnego”.

 

Nie bez znaczenia są też sympatie polityczne Gmyza i całej redakcji „Rzeczpospolitej”. Publicyści tego dziennika wmawiają czytelnikom, że Polska opanowana jest przez spisek: „Wciąż jednak nie ma Graala, który by stanowił ostateczny dowód. Gmyz (podobnie jak wcześniej Bronisław Wildstein i kilka innych osób) dostarczył tego wymarzonego Graala. Nic więc dziwnego, że jego artykuł przyjęto z entuzjazmem i nadano mu najwyższą rangę. Żadna redakcja – wolna od takiej dramatycznej tęsknoty za Graalem Wielkiego Spisku – tekstu Gmyza by nie opublikowała w takiej formie i bez precyzyjnego sprawdzenia”.