Partyzant Jacek Kurski uciekł do lasu

Jacek Kurski miał wypadek. Wówczas zaświeciło mu się w zadku światełko ostrzegawcze, że to groźne dla jego kariery. Za rozwalony służbowy samochód zapłaci firma TVP, która dostała niedawno pożyczkę od rządu – 800 milionów. Jest z czego pokryć koszty, nawet gdyby to była limuzyna pancerna.

Te światło ostrzegawcze w zadku, które wymusiło na Kurskim, aby dał dyla do lasu, nazywa się napędem tchórza – smród.

Wrr… – poleciał do lasu.

To samochód Kurskiego uderzył w prawidłowo jadącego opla astrę. Jak pisze „Fakt”: „Kurski między drzewami skrył się i obserwował drogę. Czekał na drugi samochód, który nadjechał po kilkunastu minutach. Na miejscu wypadku został jego kierowca, ten który kierował służbowym samochodem”.

Wina jest kierowcy Kurskiego, który nie przyjął mandatu. Sprawa więc idzie do sądu. Na co liczy Kurski? A na to, że jak Szydło, Macierewiczowi i Dudzie jemu też się upiecze.

Roman Giertych robi sobie jaja z Kurskiego.

Kurski utrzymuje, że nie uciekł do lasu. Może faktycznie tak było, bo Szyszko wyciął las.

Kura więc zniósł jajo.

Tchórzliwa odmiana ssaka pisowskiego.

Kurski mógłby nie wychodzić z tego lasu, Macierewicz doniósłby mu broń i robiliby za partyzantkę.